fot. Iza Kowalska

„Wszelki constans mnie nudzi” – wywiad z Guest Julką

Guest Julka
29 paź 2026
Zofia Myślicka

Guest Julka na swoim debiutanckim albumie „Melanż” nie próbuje wpisywać się w żadne sztywne ramy. To osobisty zapis zmian, które zaszły w niej w ostatnich latach – zarówno jako człowieku, jak i artystce. Od neosoulowych inspiracji i pierwszych polskich melorecytacji po coraz śmielsze zanurzanie się w hip-hopowej estetyce. Od współpracy z najbliższymi, która przyniosła „kilka ślubów i rozwodów”, po pełną szczerość i świadome wystawienie własnych emocji na widok publiczny. W rozmowie opowiada o dojrzewaniu, twórczej bezkompromisowości i kulisach powstawania „Melanżu”. Skąd wziął się tytuł albumu? Co dziś oznacza dla niej bycie „hiphopowcem”? Jak narodziła się okładka płyty i dlaczego nie zamierza zatrzymywać się w jednym miejscu? Jak sama przyznaje: „wszelki constans mnie nudzi”.

Wydałaś właśnie swój debiutancki album „Melanż”. Mówiłaś, że w ostatnim czasie bardzo zmieniłaś się wewnętrznie i chciałaś pokazać tę przemianę na płycie. Czym ten krążek różni się od Twoich wcześniejszych materiałów? Jakbyś porównała „starą” Julkę z tą obecną?

Różni się na pewno moim poziomem świadomości samej siebie. Zawsze, uważam, byłam mocno świadoma świata, który mnie otacza, ale nigdy nie rozumiałam, co dzieje się wewnątrz mnie. Na pewno wydoroślałam emocjonalnie i myślę, że to może być widoczne na albumie. Zawsze wzbraniałam się przed myśleniem o sobie jako o „kobiecie”, raczej widziałam się jako „dziewczynę” albo nawet „dziewczynkę” i tak też się czułam. Aktualnie jestem gdzieś pośrodku tego dorastania i, co ważniejsze, nie funkcjonuję już jako bezwiedny odbiornik, a następnie przekaźnik bodźców, ale jako umyślny nadajnik przekazujący konkretną wiadomość w konkretnym kierunku.

Sam tytuł „Melanż” sugeruje mieszankę różnych rzeczy, muzycznych, emocjonalnych, może też osobistych. Co dla Ciebie właściwie oznacza „Melanż” i dlaczego właśnie to słowo najlepiej opisuje tę płytę?

Szukałam czegoś, co odda właśnie tę wielowymiarowość, może lekki chaos, coś mocnego, co właśnie się definiuje. Jednocześnie jest sumą wielu mikrohistorii, które tworzą jeden szerszy zapis. No i po drugie, w momencie szukania tytułu byłam mega wkręcona w album Bahamadii „Kolaż”.
W sumie jest jeszcze jedna rzecz. Ostatnio była taka akcja, w której chodziło o to, co działo się 10 lat temu, tzn. w 2016 r., i że teraz, w 2026 r., dzieje się analogicznie to samo. Ja 10 lat temu miałam pierwszą indywidualną wystawę swoich zdjęć, a cykl tych fotografii nazywał się „SCENY”. Teraz sobie przypominam, że kiedy doszła do mnie informacja o tej akcji i zaczęłam kminić nad tym, co było 10 lat temu, pomyślałam o tej wystawie i o jej tytule. A byłam jeszcze przed wymyśleniem nazwy „Melanż”. Wtedy znalazłam mega dużo analogii między tym, co chcę powiedzieć tym albumem, a tym, co chciałam powiedzieć swoimi zdjęciami 10 lat temu. Łącznie z tytułem, który od początku miał być właśnie zapisem różnych „scen” z mojego aktualnego życia.

Podkreślasz, że przy tym albumie postawiłaś na stuprocentową bezkompromisowość i otwartość, mówiąc wprost to, co czujesz i myślisz,  zamiast szukać tematów pod to „co się dobrze sprzeda”. Trudno było porzucić myślenie o tym, jak muzyka zostanie odebrana?

Właściwie chyba dopiero przy „Melanżu” zaczęłam się nad tym zastanawiać, ale w żadnym momencie nie kierowałam się wynikiem moich rozmyślań. To chyba wynikało właśnie z tego, że czułam, jak bardzo wnikam sama w siebie, i ten ekshibicjonizm trochę mnie przestraszył. Stąd zadawanie pytań, które szybko porzuciłam w myśl przekonania: „Miej wyjebane, a będzie ci dane”.

Czy jest na płycie jakiś moment, który był dla Ciebie szczególnie trudny do przedstawienia publicznie?

Tak, moment, w którym w tekstach zaczęłam na bieżąco relacjonować proces pracy nad albumem, opowiadając o sytuacjach i ludziach, którzy uczestniczyli w tym procesie. To nie było tak, że się tego bałam, że ktoś może odebrać jakąś piosenkę zbyt personalnie, że jest o nim itp. Raczej ekscytowało mnie to, że teraz mogę skonfrontować tę osobę z moimi słowami. Nigdy wcześniej nie czułam jednak ekscytacji z takiego powodu, więc to chyba było najtrudniejsze. Zastanawiałam się w sumie, czy to normalne i czy ja jestem normalna, czując taką ekstazę.

Zaczynałaś od tworzenia po angielsku rzeczy neosoulowych, a Twoje pierwsze polskie numery to były bardziej melorecytacje. Ostatnio powiedziałaś: „powoli staję się hip-hopowcem” i że czujesz to nawet w ciele i ruchach. Kiedy poczułaś, że rap przestał być eksperymentem, a stał się dla Ciebie naturalnym środowiskiem?

To „bycie hip-hopowcem” było trochę prześmiewcze. Nie uważam, że należę do jakiejś grupy czy subkultury, nigdy nie było to moim celem. Chcę się czuć komfortowo i naturalnie, a tak się wydarzyło, że między innymi w takim środowisku zaczęłam coraz bardziej czuć się dobrze. Teraz większość moich znajomych to ludzie ze świata muzyki, więc wniknięcie w to środowisko było czymś naturalnym, a takie funkcjonowanie stało się codziennością.

fot. Iza Kowalska

W numerze „Imprezka” przewija się wers, że „płyta z kolegami jest trudniejsza”. Album robiliście wspólnie z Radkiem Muchą i bliską ekipą muzyków. Jak wyglądało Wasze twórcze docieranie się w studio przy pracy nad tak dużym projektem?

Wers odnosi się do samego początku pracy nad płytą, kiedy jeszcze był plan, że album stworzymy razem z moim zespołem. Połączenie tak wielu muzycznych światów w coś, co finalnie najbardziej zadowoli mnie, trwałoby przynajmniej kilka lat, o ile w ogóle okazałoby się możliwe, więc temat upadł na samym starcie. Wróciliśmy do klasycznego planu, czyli ja plus bity, co finalnie również okazało się niezłą przeprawą. Mnóstwo spięć, kilka ślubów i rozwodów, ogromna nauka komunikacji. Mam wrażenie, że przeżyliśmy w tym procesie ze sobą znacznie więcej niż tylko niecały rok tworzenia albumu.

Na okładce „Melanżu” znalazł się fragment wielkiego, dwumetrowego obrazu, który wisiał u Was w domu. Co sprawiło, że właśnie ten obraz chciałaś przenieść z tak prywatnej, domowej przestrzeni na okładkę swojego debiutu?

Obraz powstawał równolegle do albumu i była to inwencja mojego chłopaka, który był naocznym świadkiem tego wszystkiego, co się wtedy działo. Jarek też przyjaźni się z Radkiem, producentem albumu, i zawsze był pierwszym recenzentem każdego utworu, więc wszystko, co powstało, od razu przechodziło przez jego głowę. Ja tylko na samym początku narzuciłam to, że ma to być obraz, na którym będzie przedstawiony cały ten proces, wszystkie te sceny i historie, które się wydarzały.

Co ostatnio najbardziej Cię inspiruje poza muzyką? Jest coś, co wpływa na Twoją twórczość?

Mój wpływ na środowisko, które mnie otacza, i wpływ środowiska na mnie. Świadomość tego, jaką mam moc i jak świat wokół mnie ją kreuje. Na maksa inspirują mnie mechanizmy działania nie tylko u ludzi, ale również u pozostałych zwierząt. No i to w sumie jest takim głównym napędem mojej twórczości.

Twoje korzenie sięgają alternatywy, ale wspominałaś, że coraz bardziej ciągnie Cię w stronę mocniejszego, bardziej rozbudowanego brzmienia i zapowiadałaś, że na kolejnym albumie będzie „grubiej”. Co dokładnie masz na myśli? Chodzi bardziej o brzmienie, produkcję, teksty, czy może o cały świat wizualny i sposób, w jaki chcesz funkcjonować jako artystka?

Chyba miałam na myśli właśnie te zmiany, które zachodzą. Teraz widzę je znacznie wyraźniej, mega mnie to jara i, nauczona doświadczeniem, wiem, że będę kopać coraz głębiej. W moich nowych utworach na pewno będę chciała pobawić się moją perspektywą widzenia pewnych rzeczy. Brzmieniowo pewnie też będziemy coś kombinować. Planuję również zrobić film do nowego materiału, ale jeszcze nie wiadomo, jak to się ułoży i czy uda się to zrobić tak, jakbym tego chciała.

Masz wrażenie, że w polskiej muzyce jest dziś przestrzeń na artystów, którzy nie chcą zamykać się w jednym gatunku? Jak sama odnajdujesz się w tym przenikaniu różnych stylistyk?

Przestrzeń była i zawsze będzie, ale prościej jest coś ugrać, będąc łatwiejszym do zaszufladkowania. Dla mnie zmiana jest czymś naturalnym, a wszelki constans mnie nudzi. Wiadomo, że będąc w niszy, w której jestem, trudniej ufać sobie i ciągle tak samo wierzyć w słuszność tego, co się robi. Ale ja chyba jestem z natury buntowniczką, więc nie potrafiłabym płynąć z prądem, bo nie znalazłabym w tym tego drive’u, który pociąga mnie w życiu. Ludzie powinni się ciągle rozwijać i uczyć, a ja dosyć szybko łapię nowe rzeczy, więc muszę szukać nowych wyzwań, żeby móc odczuwać satysfakcję.

Twój album ukazał się w U Know Me Records, a Ty jesteś pierwszą kobietą, która została wydała w tej kultowej wytwórni. Jak w ogóle doszło do Waszej współpracy? Czy trafiając tam, poczułaś swego rodzaju nobilitację artystyczną?

Byłam kiedyś uczestniczką konferencji Tak Brzmi Miasto w Krakowie i tam były takie speed dates, podczas których poznałam Groha, właściciela JuNouMi. Grohu wtedy zaproponował, żebyśmy zrobili coś z TVB. My z Tomkiem jeszcze się wtedy nie znaliśmy, ale dokładnie w dniu, w którym napisałam do Tomka, on usłyszał mój track w radiu i również się mną zajarał. Kilka miesięcy później powstał nasz pierwszy kawałek „Tonic”, a następnie epka „BAR” wydana w YouKnowMe Records.
No i tak jakoś znajomość z Grohem zaczęła się rozwijać. Potem jeszcze był singiel z Tropiki, więc działałam już w wytwórni, ale raczej przy kolaboracjach z producentami. No i przyszedł moment, w którym to ja wyszłam z inicjatywą wydania albumu u Groha. Temat się spodobał i wyszedł „Melanż”. Co więcej, wydałam długogrający album jako pierwsza kobieta, więc tym bardziej była to ogromna nobilitacja. Chyba nie czułam jakiejś wielkiej presji związanej z tym, że to się dzieje akurat w JuNouMi. Starałam się dowieźć wszystko na maksa tak, żeby przede wszystkim zadowolić siebie. Co nie zmienia faktu, że czuję się zajebiście, mogąc wydawać swoją muzykę u Groha.

fot. Iza Kowalska

Okres letni to czas festiwali, zwłaszcza tych hip-hopowych. Ty natomiast pojawiłaś się na Audioriver w Łodzi, czyli imprezie mocno elektronicznej. Spore zaskoczenie. Jak wspominasz występ i wrażenia z AR?

To było szalone, bo było nas troje MC: ja, Jakub Jan Bryndal i Cheeba. O ile z Kubą Bryndalem znaliśmy się już wcześniej, ze sceny i poza nią, o tyle z Cheebą był to nasz pierwszy wspólny przelot. Trzy różne osobowości muzyczne na jednej scenie, Tomek TVB jako nasz mistrz ceremonii.
Było to wielkie wyzwanie i trochę stresu przed tym, czy zdołamy połapać się na scenie i czy to finalnie się obroni. Ogólnie wszystko wyszło bardzo dobrze. Każdy się odnalazł, potrafiliśmy się uzupełniać i zawładnąć swoją częścią publiki. Jednak nie był to nasz pierwszy Audioriver, bo rok wcześniej występowaliśmy już z Bryndalem i TVB, więc cały koncept festiwalu był nam poniekąd znany. Z elektroniką miałam epizody w swoim życiu, więc nie jest to gatunek jakoś szczególnie odległy. Plus byliśmy w takiej ekipie, że trudno było nie przeżyć tam razem super czasu.

Romansujesz z innymi gatunkami, ale czy odnajdujesz się właśnie w takich klimatach? Jest Ci blisko do brzmień również klubowych? Czego w ogóle słuchasz na co dzień?

Elektronika jest teraz tym gatunkiem, w którym chciałabym się rozwijać. Może dlatego, że aktualnie słucham jej najmniej. Widzę u siebie pewne braki i przestrzenie, nad którymi powinnam mocniej popracować, i to właśnie mnie teraz ekscytuje.
Słucham przede wszystkim soulu, bo od dziecka jest to gatunek, który najbardziej mnie porusza. Oczywiście sporo hip-hopu, jazzu i wszelkich wariacji, które nawet nie wiem, jak się nazywają, bo jestem mega słaba w gatunki. A tak poza muzyką najwięcej słucham wywiadów, audiobooków i podcastów o rozmaitej tematyce. Ostatnio była to książka „Śmierć pięknych saren” – w wielkim skrócie o łowieniu ryb – a dzisiaj podcast z Tomaszem Czukiewiczem, właścicielem kanału „Ciekawe Historie”.